Powinienem napisać coś o sobie – tak naciskają. Okej, wyjmuję notes i bazgram na kolanie.
Urodzony w 79’, wykształcony ekonomicznie spróbowałem sił w świecie finansów, gdzie (po tylu latach) odkryłem, że nie tędy moja droga. Wrzesień 07’ otwieram własną działalność fotograficzną. Publikacje w "Polityce", "Lounge", "Aktivist", wspołpraca z artystami, politykami, itd. Jeszcze nie miałem wystawy z prawdziwego zdarzenia, więc tu się nie chwalę.

Optymistycznie na święta zacytuję mojego wykładowcę; „…wykonujcie swoją pracę najlepiej, jak potraficie, a pieniądze z czasem same przyjdą”. Od siebie dodam, oby były środkiem umilania sobie życia a nie jego celem.

Wybory 2011.
Polacy, jako statystyczna masa, to kompletni idioci. Powierzyli swoje zaufanie, władzę stanowienia prawa, wprowadzania reguł, w największym procencie złodziejom i krętaczom, następnie oszołomom, na trzecim miejscu złodziejom i oszołomom, dalej komuchom i chorągiewkom. Czas pakować walizki. „…Wybraliście mistrzów polityki; Donalda, Kaczora i Palikota Mikey…” (dodam jeszcze czerwonych, co są tęczowi). Nie jestem zwolennikiem jakiejkolwiek ideologii. One wszystkie z definicji szczytne rozbijały się o rzeczywistość wypuszczając swoje demony. Demos krateo byłoby piękne, gdyby demos a nie populi mieli faktycznie coś do powiedzenia. WYRZUĆCIE TELEWIZORY, WŁĄCZCIE MYŚLENIE!

Założyłem nieoficjalne konto na fejsbuku. Jestem anonimowy. Mogę przeglądać zdjęcia innych, wklejać linki do stron. Szydzić, wyzywać i opluwać. Jestem boski. Mogę spokojnie położyć się spać z dobrym humorem. Pysznie się uśmiałem kosztem innych. Kosztem serca, jakie inni wkładają w swoją pracę. Jestem anonimowy i mi zwisa. <Tato, który jesteś dla mnie wzorem, co dziś robiłeś?>

Dziś byłem w hiper centrum makro sieci super marketów. Sprawozdanie zacznę od parkingu. Kierowcy z ułańską fantazją toczą zacięty bój o miejsce jak najbliżej wejścia, nawet o przestrzeń dla inwalidów. Gdy wysiadają, widzimy, że jedyną ich ułomnością jest brzuszek u panów i kształty, na które Rubens by zagwizdał, u pań. Walczą, dręczą zszarpane w pracy nerwy o każdy metr pomimo, że czeka ich spacer od sklepu do sklepu, od półki do półki, od parówek do skarpetek, w trakcie którego pokonają odległość w stosunku do której odcinek od auta do wejścia jest ułamkiem promila. Czasem nawet wracają innym, odległym wyjściem.
Chodzę oszołomiony jak Pigmej teleportowany do Manhattanu. Zewsząd krzyczą na mnie reklamy. Ogromne napisy dobrze mi radzą, że mój tyłek najlepiej wygląda w ich dżinsach, moje nogi kochają polską skórę o włosko brzmiącej marce, mój płaszcz jest demode i powinien wpaść w kompleksy. Przedzieram się przez gąszcz plączących mózg macek, by przejść przez bramkę, na widok której ręce same podnoszą się do góry. Idę odważnie dalej. Reklamy wciąż duszą. Eh, gdyby ta żywność smakowała choć trochę jak wygląda.
Stoję przy kasie. Pani, której miła aparycja wraca spać wraz z końcem recytowania „dzień dobry”, patrzy z zażenowaniem na moje zakupy. Jej ręce, o ruchach automatyzowanych jak przyzwoita taśma produkcyjna, protestują, chaotycznie szukają reszty produktów do przeciągnięcia nad laserem. Bezczelnie zostają wybite z rytmu. Jak można przyjść do hiper centrum makro sieci super marketów jedynie po trzy produkty?! Martwię się o jej zdrowie. Jeśli po ciężkiej pracy z mojej winy nie obejrzy tysiąc któregoś odcinka "Jakbym chciała być modna i odnieść sukces"?! Uśmiecham się. Od uśmiechu zmarszczki się robią - odpowiedzi brak. No, poza: „to wszystko?!”
Przyzwyczajam się do reklam. Gdy napadają mnie, odpieram atak obojętnością. Działa.
Raz kozie życie, zjem! No tak, nic dziwnego, że smak śladowych cząstek drobiu wykrzywia usta, że aż zęby cierpną, skoro kurczaki dowożone są z samego Kentucky. Teraz rozumiem minę pełną przerażenia pani, gdy, po wymienieniu całej palety smaków sosów, odmówiłem. Ale nawet na takich cwaniaków, jak ja, mają sposób. Prawdziwy smak kurczaków został zakamuflowany w grubym, kleistym cieście, coś na kształt panierki. Przyprawy tak piekły, że język założył kąpielówki, okulary słoneczne i nabrał rumieńców w kolorze ćwikły.
Uwielbiam obserwować ludzi. Ci tu zgoła tworzą jedną spójną całość z otoczeniem, zupełnie jak w naturze, taki Matrix. Cwańsi, z tupetem i zuchwali, zarazem sprytniejsi - uprzywilejowani pracują w biurach, reszta tworzy im swoimi usługami wygodne warunki do pracy. Łączy ich to, że wszyscy spotykają co sobota, co niedziela, co popołudnie na zakupach. Ubrani są dokładnie jak manekiny na wystawach, niektórzy również tak się zachowują. Kupują dokładnie to, co reklamy im dobrze doradzą. Gotowanie polega na zalaniu dania wrzątkiem lub wykręceniu numeru pizzerii. Ich lodówki są syte, ich śmietniki są pełne. W plastikowych kinach oglądają plastikowe filmy, słuchają popularnych kawałków w popularnych radiach, których celem jest nie absorbowanie intelektu na permanentnym urlopie, medytują przed telewizorem serwującym rozrywkę obrażającą inteligencję.
Co ich tu przyciąga? Przychodzą tu, bo taniej. Czy na pewno?! Małe sklepiki, sprzedawcy na straganach, targach, oferują wyższe ceny, ale mają firmy w Polsce rejestrowane, płacą podatki polskiemu fiskusowi, oferują przeważnie płody z polskich pól. W ostatecznym rozrachunku wychodzimy na tym gorzej, bo służby mundurowe, medyczne, oświatę, ZUS, władzę, hiper makro super markety NIE utrzymują. Skąd wziąć kasę? Z naszej kieszeni. Z reszty pozostałej po zakupach w marketach, które nie wpłacają do państwowej kiesy nawet grosza. Co z tego, że dają zatrudnienie na niemal niewolniczych – pozwalających na wegetację – warunkach? Niektóre z tych firm otrzymały grunt za darmochę, gdy ten wirus prywatyzacji się tu rozplenił. Kto za to płaci? My, szare masy. Tu muszę pochwalić rząd za skuteczną pracę komisji dążącej do poprawy tej sytuacji, której jedynym osiągnięciem jest dyndający wibrator w rękach przewodniczącego Palikota. Nie wspominając o kradzieży w postaci akcyzy w paliwie, perfidnego wyłudzania pieniędzy obiecując autostrady. Niszcząc ciężki przemysł, postkomunistyczne molochy i aktualnie ostatni bastion ludzkiej solidarności - stocznie, pozbawiają nas możliwości buntu, masowego protestu. Wzięli naukę z historii. W Polsce więcej strajków nie będzie. Dzielą i rządzą. Kto? Pozbawione korzeni narodowościowych korporacje.

Dekalog sprowadziłbym do jednego przykazania: rób co chcesz, ale nie krzywdź nikogo. Jeśli nawet to zrobisz, ponieś godnie konsekwencje. Do każdego, kto posiada władzę: odpowiedzialność za swoje czyny!

Wjeżdżając siódemką do Krk na przestrzeni ostatniego kwartału obserwuję nowopowstające osiedle. Wpierw, pnące się wzwyż jak łodygi, szkielety bloków. Następnie podwaliny dróg i kolejne szkielety, kręgosłupy i rusztowania. Pomimo wszędzie panującego błota pojawiają się szczęśliwi posiadacze nowego m. Pionierzy drepczący pomiędzy kałużami przez długie setki metrów do swych bóstw: marketu i kaplicy w postaci domku na prerii. Na placu owego domku powstanie niedługo kolejne obciążające podatników cudo architektury i propagandy, placebo na strach przed śmiercią, a przede wszystkim przed tym, co po niej nastąpi - kościół. Żeby Chrystus wiedział, co z jego słowem zrobili! "Miałem ambicję stworzyć rezolutną rasę, a wyście to tak po ludzku spartolili" - Spięty Lao Che.  „Gdzie są Wasze kościoły? – Nie potrzebujemy ich, modlimy się, rozmawiamy z Bogiem cały czas”. Rozmowa kolonizatora z „Dzikimi”.
Wszystko wyliczone, zorganizowane, gotowe do schematycznej konsumpcji schematycznego konsumenta. Po co ci wolność? Masz market, kościół i TV. Po co ci rozum? Masz szczęśliwą rodzinę na reklamowym banerze, dobrą nowinę z ambony i całą masę innych wiadomości tak ważnych, elektryzujących, zupełnie nieprzydatnych, stronniczych a czasami zafałszowanych, ale profesjonalnie, smacznie podanych. "...Jedz zdrowo, uprawiaj sport, bądź bardziej produktywny, uprawiaj seks ale nie zakochuj się, przysługa za przysługę, pragmatyzm ponad idealizm..." - O.K. computer Radiohead. Nie twórz dużych grup, nie buntuj się, nie ufaj ludziom. Nie czuj.

System.

Trzydzieści, czterdzieści lat temu po podobnych podwyżkach cen i arogancji rządu związanej z żonglowaniem naszą przyszłością ludzie - w szczególności młodzież - wyszliby na ulice. Ten zdumiewający brak buntu to nie jest jedynie efekt piekielnie dobrej propagandy. Przecież za komuny propaganda również poczynała sobie w najlepsze. To nie tylko to. Serwisy społeczności owe skupiające na sobie uwagę, programy telewizyjne błaznów na poważnie lub nie, seriale pisane na jedno kopyto, cała masa bezużytecznych zajęć. Więzi międzyludzkie przybrały formę wirtualną. Starsi nie mają sił, młodym się nie chce. Ogromne zakłady pracy rozbite w perzynę, aby zmniejszyć zagrożenie gromadzenia się tłumów oraz ograniczyć konkurencję dla starej Unii. Konsekwencje odczuwamy wszyscy poprzez niewielki Produkt Krajowy Brutto, oparty dziś na najbardziej wyzyskiwanej klasie małych i mikro przedsiębiorstw. Dziel i rządź.

Restrykcyjność Kościoła wynika z potrzeby wzbudzania w wiernych poczucia winy, uświadamiania nam, że jesteśmy grzeszni. Absurdalnie wysoko podniesiona poprzeczka zapewnia stały przypływ grzeszników. Resztę należy uznać za świętych i stawiać na niedościgniony wzór. W obawie przed śmiercią i troską o wygodne miejsce w niebie gwarantujemy przypływ kapitału, obrót w handlu rzeczami niematerialnymi. Modlitwy do Boga nie mają najmniejszego sensu, ponieważ Bóg niejednokrotnie udowadniał nam, że się naszym losem nie przejmuje. Dlaczego akurat miałby nad nami się pochylić, skoro jest siedem miliardów innych ludzi? Najlepiej to widać podczas okrutnych zrywów jednostkowych ambicji, z powodu których całe nacje cierpią. Szczytem zuchwałości było „Gott mit uns” na ustach faszystów. Bóg jest pojmowany przez każdego z nas w sposób indywidualny i każdy z nas w tym pojmowaniu się myli.

Jeśli produkt naszych rąk lub wyobraźni nie posiada praktycznego zastosowania, uważam, że jest zbędny. Dlatego można mi zarzucić plastik, kicz, czasem banał, ale również niemal doskonały warsztat i swobodę techniki. Czy to przeznaczenie komercyjne, by komuś lepiej się sprzedawało owoce pracy, czy to kołatanie do duszy, sumienia, pstryknięcie intelektu, by zwrócić uwagę na palący problem społeczny, zdaje się w moim rozumieniu sensem twórczości. Pustą ekspresję, naciąganie treści na manekin formy uważam za godne potępienia marnotrawienie talentu.

Każda ideologia rozbija się o praktykę. Bękartem intelektu jest chciwość i zachłanność, których konsekwencją woja, śmierć, cierpienie, głód, degradacja człowieka do roli przezroczystej egzystencji czerpiącej pokarm ze śmietnika. Człowiek jest ostatnim ogniwem ewolucji, które wbrew sobie i innym istotom dąży do auto i globalnej destrukcji. Jeśli to czytasz, należysz do maksymalnie 5% społeczeństwa, które się interesuje, a może nawet do 1%, któremu zależy

Słowo; szereg dźwięków przekazanych za pomocą impulsów nerwowych, zasianych na bardziej lub mniej żyzną glebę. Informacja sugerująca, narzucająca, prosząca lub nakazująca. Wyraz ekspresji duszy i szeptu skrytych w niej demonów. Po nim echo, fala rozlewająca się, rozszczepiająca, zmieniająca barwę i smak płynąc dalej w dół horyzontów myślowych. Gdy potok instrukcji płynący posłusznymi mediami pod szare adresy, jaka jest siła miłości a jak mocna staje się nienawiść, by wyjechać, szukać, czaić się i zabić? Pozbawić ślepo życia w imię falsetu cynicznych wilków w owczych skórach, wycierających pyski budującą zgodą.

 

| Fotografia kreacyjna | Reklama, uslugi dla firm | Fotografia slubna | Portret dorosli | Portret dzieci | Kontakt | O mnie |